|
Starania o organizację imprezy rozpoczęliśmy latem 2004 roku. Ministrowie sportu Wiesław Wilczyński i Jerzy Ciszewski doprowadzili do tego, że Polska awansowała do
finałowej trójki - pisze Rzeczpospolita.Włosi zastanawiają się, jak
mogło dojść do ich klęski. Jeszcze przedostatnimi prezentacjami byli
pewni zwycięstwa. Członkowie Komitetu Wykonawczego UEFA, którzy
wybierali gospodarza Euro2012, mieli - według włoskich relacji - aż
osiem pytań dotyczących kandydatury Polski i Ukrainy. W stosunku do
Włochów zgłosili tylko jedną wątpliwość.
Prezentacje były zamknięte, nie było na nich dziennikarzy ani
przedstawicieli konkurentów. Co się wtedy stało? - zachodzą w głowę
pokonani. Są delikatne sugestie, że nie wszystko odbywało się w białych
rękawiczkach. Wszyscy są jednak zgodni, że ojcem sukcesu był Hryhorij
Surkis, jeden z najbogatszych Ukraińców, prezes tamtejszej federacji
piłkarskiej.
Pomysł, żeby wspólnie zorganizować Euro 2012, pochodzi właśnie od
niego. W 2003 roku przyjechał do Michała Listkiewicza i przedstawił
propozycję. Odpowiedź była letnia, więc Surkis wyruszył w drugą stronę,
do Rosjan.Tam przyjęto go jeszcze chłodniej, a prezydent Władimir Putin
miał powiedzieć, że jeśli Rosja zechce zorganizować mistrzostwa Europy,
zrobi to sama.
Wtedy do gry włączył się Jacek Kluczkowski, doradca prezydenta
Aleksandra Kwaśniewskiego, a dziś ambasador na Ukrainie, który od lat
marzył o polsko-ukraińskim pojednaniu. Po fiasku rozmów Surkisa z
Rosjanami poszedł do Listkiewicza i przekonał go, że warto spróbować.
Sprawą zainteresował się premier Marek Belka i zapalił zielone światło.
Latem 2004 roku zaczęły się dwustronne negocjacje i kompletowanie
dokumentów, które trzeba było wysłać do UEFA, żeby wziąć udział w
wyścigu Euro. Do Kijowa kilka razy jeździł minister sportu Wiesław
Wilczyński, a potem przejął od niego pałeczkę następca - Jerzy
Ciszewski.
Mówi Ciszewski: - Najbardziej zaangażowani byli Listkiewicz i Adam
Olkowicz z PZPN oraz Mirosław Proppe z firmy KPMG, która przygotowała
naszą ofertę - w sumie 800 stron papieru. Moją rolą było bieganie po
gabinetach innych ministrów i zbieranie podpisów pod dokumentami, że
ichresorty przedstawiają odpowiednie gwarancje. Był kłopot z jednym
ministrem, ale podpisał po interwencji premiera. Potrzebna była zgoda
kilkudziesięciu osób, również prezydenta, a nawet przewodniczących
klubów parlamentarnych.
Źródło: Rzeczpospolita
|